wtorek, 28 marca 2017

Sisterhood

Kilka tygodni temu wraz z Mabel, moją przyjaciółką i przewodniczką po ghanskim świecie, rozpoczęłyśmy cykl spotkań dla młodych dziewczyn o nazwie SISTERHOOD. Od dwóch lat prowadzimy spotkania dla młodzieży w wiosce, ale młode dziewczyny, nastolatki wchodzące w okres dojrzewania szczególnie zwróciły naszą uwagę. Od czasu do czasu spotykamy się z dyrektorem pobliskiej szkoły, gdzie uczęszcza część naszych uczniów, by zrobić wywiad środowiskowy. Zaczełysmy odkrywać wyzwanie młodych dziewczyn w wiosce i zadecydowałyśmy, że chciałybyśmy lepiej je poznać, zrozumieć ich świat, postarać się wesprzeć je w tym burzliwym nastoletnim okresie. Odbyło się zaledwie kilka spotkań, a już czuje się z nimi niesamowitą więź. Wiele z nich to niezwykle zdolne, inteligentnę dziewczęta, niestety ze względu na sytuacje rodzinną, kompletny brak wsparcia ze strony bliskich, czasem nawet najprostszego wsparcia pod postacią „kawałka bawełny” który dałby im komfort podczas tych kobiecych dni, i to bywa problemem. Znaczna część z nich wysrata w rozbitych rodzinanch, wychowywane przez krewnych, babcie, ciocie, etc. nie mają zbyt wielu możliwosci, szansy by wyrwać się z wioski, część z nich wcześnie zachodzi w ciąże i powiela tak dobrze znany im schemat. Często nie mają nikogo, z kim mogłyby porozmawiać o najbardziej proazaicznych sprawach, dręczących ich problemach. Naszym zadaniem jest im pomóc przywrocić pewność siebie, i dać drobne mozliwości rozwoju. Na ten moment spotkania odbywają sie raz w miesiącu, jednak gdy zdarza się możliwość goszczenia kogoś spoza wioski jak to było tym razem, spotkamy sie częsciej. Erika jest naszą zaprzyjaźnioną wolontariuszką z Włoch. Poznałam Erikę 3,5 roku temu, podczas naszego 6 miesiecznego projektu w Ghanie. Tak jej się tu spodobało, że postanowiła ponownie tu wrócić by spedzić z nami trochę czasu. Erika ma kreatywna duszę, lubi tworzyć malować, przywracać drugie życie rzeczą które tu zwyczajnie traktowane są jako śmieci. Postanowiła zorganizować dla dziewczyn zajęcia z recyklingu i tak ze zwykłych saszetek, które powszechnie użwane są tu do picia filtrowanej wody zrobiłyśmy piękne portfele przyozdobione lokalnym materiałem. Dziewczyny miały przy tym mnóstwo radości i frajdy a przy tym w powietrzu rozchodziły się afrykańskie melodie
Inną inicjatywą w ramach projektu SISTERHOOD są spotkania z ekspertami. Mamy w planie w najbliższym czasie zorganizowanie spotkania z pielęgniarką, położną, projesjonalną krawcową, być może kilkudniowe warsztaty z rękodzieła i produkcji lokalnych materiałów. To wszystko po to, by dać możliwość dziewycznynom odkryć talent, dać pomysł na mały biznes jaki w przyszłości mógłby dostarczyc im dochód. Wiem, że nie każda z nich będzie miała możliwość kontynuacji swojej edukacji po ukoczeniu 17 lat, dlatego tak wazne jest, by dać im możliwość wyboru, włożyć w ich rece umiejętnosci, które otworzą przed nimi szersze możliwosci i dadzą odrobinę życiowej niezależności. Wiem, że nasze działania nie zmienią diametralnie ich sytuacji, ale będe szcześliwa jesli odrobinę pomogą im w zmaganiach na codzień. Pomogą im dostrzec że są dla kogoś ważne, wartościowe, że mają znaczenie. Cieszę się że mam ten przywilej bycia częśćią tej historii, która również w niezwykły sposób oddziałuje na moje życie, postrzeganie świata wokół, doceniania każdego dnia

wtorek, 7 marca 2017

Zmiany są potrzebne

Jeśli czytacie ten post to prawdopodobnie wierzycie we mnie bardziej niż ja w siebie. Pisanie nie jest moją mocną stroną, choć wielu twierdzi inaczej. Nie jestem blogerką, a już na pewno nie systematyczną. Na liście moich noworocznych postanowień,to był punkt nr 1, wróć do pisania, bo ponoć jakaś część z was ma jeszcze siłę i ochotę mnie czytać. Dziękuje, że tu zaglądacie. Po długiej przerwie wracam, mam nadzieje, że na stałe, choć wiele zależy ode mnie, to ogromnie motywuje mnie to, gdy dostaje wasze wiadomości, że czytacie, lubiecie i zadajecie wiele pytań. Ale do rzeczy...od 10 miesięcy jestem żoną, takiego faceta, że ze świecą szukać, jestem też emigrantką i wieczną poszukiwaczką smaku życia.
Dziś mija dokładnie 4 lata, kiedy ta nowa, nieznana rzeczywistość stała się moim domem, początkowo tymczasowym, nie sądziłam, że tak mi się tu spodoba, że zostanę na długo dłużej. Dziś z perspektywy czasu widzę wiele zmian, we mnie, dojrzałam, na wiele spraw patrzę w życiu inaczej. Choć te ghańskie początki, które na swój sposób wciąż przeżywam, wcale nie były łatwe. I jakoś zawsze to spore dla mnie wyzwanie, by pisać o tych trudniejszych momentach. Jednak ważne by mieć w tym wszystkim zdrowy balans, doceniac dobre chwile i uczyć się doświadczać życia w różnych jego wariacjach. Wiem też, że to co robię na co dzień, czyli praca nauczyciela i prowadzenia przedszkola na terenach wiejskich odbiega od życia przeciętnego ekspata (czyli obcokrajowca)żyjącego w Ghanie. Odkąd tylko pamiętam marzyłam o nauczaniu w niekonwencjonalny sposób. Ghana trafiła się dość przypadkowo, ale równie szybko stała się bliska memu sercu i odbieram to jako przywilej mieszkania w tej częsci świata. Jednak prawdziwa życiowa przygoda zaczęła się dopiero wtedy, gdy okazało się, że to wszystko, to nie tylko kilkumiesięczny projekt, czy chwilowa wyprawa na kraniec świata, a już tym bardziej nie ma to nic wspólnego z leżeniem pod palmami i nieustannymi wakacjami. Ghana rozciąga moje serce, głowę i mięśnie do maksimum. I po raz kolejny uważam że jestem mega szczęściarą, bo przyszło mi tu pracować z wyjatkową fajnymi ludzmi. Oczywiście, żeby nie było , że to takie chop siup, były zgrzyty, dociera się, małe walki o to czy witka ma byc, ale bardzo szybko wypracowaliśmy sobie system działania i teraz jest naprawdę fajnie, a z drugiej strony, to co kiedyś wyprowadzało mnie z równowagi i podnosiło ciśnienie już na wejściu, teraz powtarzam sobie jak mantrę: Obroni (biała) odpuść, nie zmienisz wszystkiego. Mam też świadomość, że to miejsce nie dla każdego, bo jak totalny perfekcjonista, dbający o każdy detal odnalazł by się w rzeczywistości, gdzie często to poczucie równowagi, estetyki i dbałości o każdą drobnostkę mocno jest tu zachwiane. A z drugiej strony często myślę o tym jak znaleźć w sobie mądrość i te najgłębsze pokłady ludzkiej wrażliwości by mówić do ludzi o rzeczach, które dla mnie, osoby pochodzącej z tak odmiennej kultury są po prostu nieznane. Bo jak np. mówić o miłosci do dziecka, które nigdy tej miłości nie zaznało, jak nauczyć kogoś punktualności, jeśli w jego lokalnym języku nie istnieje słowo CZAS, jak wymagać od poszanowania dóbr, środowiska i tego co wokół, jeśli te małe istoty każdego dnia walczą o siebie, a większość żyje w blaszanych, bądź glinianych chatach. Często sama zadaje sobie to pytanie... ile jeszcze zmienić musi się we mnie, bym mogła zrozumieć czyjąś sytuacje. Ile muszę przeżyc, doswiadczyć by mówić do ludzi nie tylko z głowy, ale i z serca. Ile muszę stracić swojego ego, tego co ja chcę, ile jeszcze razy wyjść poza strefę swego wygodnictwa by kochać, rozumieć, troszczyć się bezwarunkowo. Życie w Ghanie potrafi powywrać świat do góry nogami, potrafi skruszyć serce, ale i zmrozić nas jak lód. Cokolwiek robię mam świadomość, że to i tak kropla w morzu, że nie zmienie wszystkiego, ale zawsze mogę byc inicjatorem pozytywnej zmiany, która będzie nowym poczatkiem w życiu jednej osoby, a ta osoba pomoże kolejnej i kolejnej.... nigdy nie patrz pod nogi, a spoglądaj w horyzont. Nie zaniedbuj codzienności, bo to właśnie w niej tkwi siła.

środa, 31 sierpnia 2016

Ciekawi świata

Rodzimy się by odkrywać, eksplorować,z ciekawości przecież jako dzieci zaglądamy w każdy kąt, tak by rodzice nadążyć za nami nie mogli. A rodzice chcą odsłonić przed swym dzieckiem szerokie horyzonty, pokazać nowe miejsca, podarować możliwości jakich oni nigdy nie mieli. Cudowna sprawa. Wyobraźmy sobie jednak świat, gdzie twoje możliwości ograniczają się jedynie do fabryki oleju palmowego i jedyne co masz w zasiegu wzroku to ogromne rozrzażone kotły. Chcesz by twoje dzieci miały szanse na edukacje, nie tą najlepszą, to nieosiągalne, ale jakąkolwiek, nawet to jednak nie jest gwarantowane. Miejsce w którym pracuje to wioska jakich wiele w Ghanie, małe domki, nie które z cegły, większość jednak z wysuszonego błota tzw papy. Jedna, dwie izby wielkości niewielkiej kuchni w bloku mieszkalnym, w której mieszka rodzina wielopokoleniowa. Jednak to również nie jest gwarantowane, co? rodzina... Dla wielu tych dzieci rodzina to po prostu mama, bądź babcia, to cały ich świat. Kiedy zaczęłam przebywać wśród dzieciaków z wioski na początku dość mi obcych, zrozumiałam ,że dziecko nie potrzebuje świata zasypanego zabawkami, najnowszego lego bądź lalki barbie, to daje radość, lecz tylko chwilową, to czego potrzebują te maluchy i dzieciaki to mojej uwagi, ciepła, poczucia bezpieczeństwa, świadomości , że dla kogoś są ważne i wartościowe, czasem przytulenia miłości. I tak się zaczęło, gdy skradły moje serce. Na co dzień mając ich niemal 80 myślę o tym jak mogę podarować im coś co na ten moment dla ich rodziców jest nieosiągalne. Choć ci naprawdę ciężko pracują by zapewnić im to co niezbędne. I tak bardzo bym chciała by nie bały się marzyć, by ten zewnętrzny świat i ograniczenia, których tak pełno w okół nie stawały na drodze w podejmowaniu ważnych życiowych decyzji. By udało im się w życiu wyjść poza schemat "biednego dziecka z Afryki". Dlatego stworzyliśmy w naszym przedszkolu klub małych odkrywców. Każdego roku wybieramy się z nimi w podróż w nieznane. Tym razem zaledwie 20km od wioski jest plaza, wioska rybacka, wielkie rybackie łodzie, piękna natura o której nasze maluchy nie mają pojęcia, bo mieszkając zaledwie 30 min drogi od tego miejsca nikt ich nigdy nie wziął na wycieczkę. Poszliśmy na wspólny spacer by poznały otoczenia, zadali pytania, ich twarze promieniały. Dla większości z nich była to pierwsza podróż z dala od tego co znają najlepiej. Nasza ekipa nauczycielska mocno się zmobilizowała by zapewnić im najlepsze rozrywki. Pierwsza była rozgrzewka, rozciąganie, potem przeciąganie liny, wyścigi dla mini juniorów, łapanie wiatru w chuste,rozgrywki piłki nożnej, a na koniec opowieści na chuście. Nie wiem, czy za 10, 15 lat dzieciaki będą pamiętać szaloną Madame Efua, ze swojego przedszkola, która za wszelką cenę starała się sprawić by ich dziecięcy świat i wioska były nieco inne, wypełniona przygodą, kreatywnością i marzeniami, nie wiem także czy będzie im dane mieć marzenia i możliwości do ich spełnienia w tym samym stopniu jak było możliwe to dla mnie. Wiem, jednak że staramy się (ja i cały nasz zespół) by ich życie miało szerszą perspektywę nic tylko to co dzieje się za żeliwnym kotłem z olejem palmowy, chcemy dać im poczucie, że są ważne i wartościowe w świecie którym żyją, że nie liczy się to skąd pochodzą, ale jakimi są ludźmi i w każdej sytuacji w swoim życiu muszą dać z siebie maksymalne zaangażowanie by osiągnąć sukces.

wtorek, 12 lipca 2016

Zaczynam odnowa

Życie jest podróżą, która nie zaczyna się w momencie gdy ruszamy w drogę, ale od dawna dzieje się w naszej głowie... odkąd sięgam pamięcią zawsze marzyłam o takiej fascynującej przygodzie, życiu gdzieś hen daleko i pracy która będzie moją pasją, w której będe mogła sie spełniać i mieć wpływ na jakąś niewielką cząstke zastanej rzeczywistości i najlepiej z kimś, kto wszystko to dobrze zrozumie... Ktoś kiedyś śpiewał, że marzenia się spełniają, tylko.... wierz :) Pakuje się w kolejną podróż i mam poczucie, że to nie będzie zwyczajna wyprawa jak to bywało dotychczas. Zamykam jakiś mały rozdział swojego życia,czas na wyjście z poczekalni, niby tylko na chwilę, bo wszystko ma trwać zaledwie 6 miesięcy, ale już tak długo na to czekałam, że nie ważne ile to będzie trwało, ważne by się wreszcie stało, a ja wycisnę z tej przygody każdą słodką bądź cierpką nutę. Zobaczymy co życie przyniesie. Zostawiam ciepłą posadkę za biurkiem, odrzucam ofertę pracy, pakuje plecak i ruszam w dalekie nieznane. Tym razem kierunek Ghana. Zapowiada się ciekawie, praca w szkole, na wioskach z kobietami, mam nadzieje że podołam....Towarzyszy mi w tych całych przygotowaniach niebywałe podekscytowanie, dreszczyk emocji i wszechogarniający spokój. To wszystko tak się zaczęło, znienacka, nieplanowanie. Wielu z was słyszało już tą historię pewnie nie raz...po 3,5 roku jestem totalnie zdumiona Bożą łaską, bo to bez wątpienia jego plan, sama bym sobie tego tak nie wymyśliła, nie poskładała w jedną zgrabną całość. On przecież zna mnie na wskroś i wie jakie dzikie lęki we mnie drzemią. Wielu się zdumiewa, nie dowierza, że z tej skromnej dziewczyny , która "przeprasza, że żyje" zrodziła się taka "lwica", a ja odpowiem jedno, Bóg miał na mnie pomysł. On jak nikt inny wie co drzemie, hen hen na samym dnie naszego serca i co fajniejsza, dość często do nas o tym mówi, tylko pytanie czy my chcemy tego słuchać. Ja posłuchałam...i tak od 3 lat jestem w Ghanie, miejscu które odmieniło mnie do reszty, miejscu które jest początkiem niewiarygodnej i pięknej historii w moim życiu. Miejscu, które pozwoliło mi odkryć moje słabości, wycisnęło nie jedną łzę, ale dało satysfakcje i radość jakiej dawno nie czułam. Nauczyło pokory i dało poczucie jak mało w życiu zależy tylko od nas. Pokazało jednak, jak wielu wspaniałych ludzi mnie otacza. Udało się zbudować przedszkole, które stało się bezpieczną przystanią dla setki dzieci i młodzieży w pewnej wiosce na południu Ghany. Oddałam cząstkę siebie temu miejscu a w zamian dostałam daleko więcej. Od miesiąca jestem żoną najwspanialszego faceta po tej stronie globu, który zdecydował się wejść ze mną na tą głęboką wodę i całym sobą wspiera i dopinguje by ta podróż, którą razem zaczęliśmy była kontynuowana. Przygodę Państwa Quarcoo czas rozpocząć. Do września mamy czas by poukładać sobie ten nasz wspólny świat. Eddie na co dzień pracuje w prywatnej firmie, a ja z początkiem roku szkolnego wracam do Mankessim, by wesprzeć pracę przedszkola więc znowu czeka nas rozłąka. Co prawda to nie 8000 km jak dotychczas , ale i tak 3godz drogi sprawi, że pewnie będziemy widzieć się weekendowo. Oboje mamy świadomość, że łatwo nie będzie ale wierzymy, że uda nam się wytrwać w naszym postanowieniu. Myśląc o marzeniu małej Moniki, która chciała przeżyć wyjątkową przygodę życia, patrzę na swoje życie teraz i wciąż nie dowierzam, to wszystko brzmi wprost niewiarygodnie, bywa że i dla mnie samej. Zadaje sobie pytanie, gdzie jest klucz do szczęśliwego, spełnionego życia??? I odpowiedz jest tylko jedna, bo w życiu chodzi o to by znaleźć Jezusa to On cię poprowadzi.

czwartek, 21 stycznia 2016

Szczęście jest niepoliczalne

"Nie ma większej radości, niż nie mieć powodu do smutku, nie ma większego bogactwa, niż zadowolenie z tego, co się ma". Zaczynam ten post jakże złotą myślą, rzecz jasna nie moją, ale zasłyszaną, zapisaną i mocno nią zainspirowana chcę się z wami nią podzielić. Ciężko pisać o niebanalnych tematach w niebanalny sposób, bo dla każdego z nas szczęście ma inny wymiar, coś innego znaczy. Jedni za nim gonią utożsamiając z wielkimi rzeczami, na światową skalę sukcesami, inni go tylko wypatrują, nie robiąc zupełnie nic by zbliżyć sie do niego choćby na krok, a jeszcze inni po prostu żyją nie zastawiając się, nie kalkulując po prostu ciesząc się tym co tu i teraz. Dla mnie radością jest życie, bo ono jest piękne. Wolne od większych zmartwień, bo te mniejsze przypuszczam każdy z nas miewa. Życie, które przepełnione jest pasją, które wywiera wpływ, które nie idzie na kompromisy, gotowe jest na poświęcenia i życie w którym jest miejsce na miłość do Boga, siebie i ludzi to mój wymiar życia szczęśliwego, spełnionego, pełnego, ale wciąż z przestrzenią na to by coś się w nim wydarzyło. Życie w Ghanie uczy mnie by doceniać te mikro momenty, codzienne mini radości, często tak banalne,ale to właśnie one wywołują na twarzach mieszkańców szeroki uśmiech. Ostatnie 6 miesięcy to szczęście mnożone i dzielone na wiele elementów. Nie mamy spektakularnych sukcesów, ale za to masę powodów do radości i dumy. Pierwsza grupa przedszkolaków która opuściła nas we wrześniu uzyskuje bardzo dobre wyniki na pierwszym edukacyjnym zakręcie. Otrzymujemy od nauczycieli bardzo dobre komentarze,co daje mega paliwo energetyczne by starać się bardziej, chcieć więcej i cisnąc do przodu. Udało nam się też zorganizować ok 40 wyprawek szkolnych, co było sporym wsparciem dla ich rodzin. W międzyczasie jako oficjalna królowa wioski :)nie wiem, czy wam tu już pisałam ale jestem Panią królową ( wojewodową, czy sołtysową jakby tego nie nazwać ) i to nie tylko ksywa, ale tak zupełnie na serio wioska odznaczyła mnie za ponoć jakieś niebywałe zasługi. Jak długa byłaby lista tych zasług i jaki to tytuł byłby na medalu, przywilejów nie mam za to sporo roboty do zrobienia, bo jakby nie było trochę się na to zgodziłam. Więc równocześnie prowadzimy zajęcia dla dzieci w naszym przedszkolu, popołudniami klub dla młodzieży, o fajnych atrakcjach które udało nam się zafundować w czasie mojego pobytu w poprzednim poście, ale to też czas nauki, dialogu, gdzie uczymy się poruszać ważne dla młodzieży sprawy. Z kobietkami, matkami spotykamy się dwa razy w tyg. na otwartych spotkaniach i domowych wizytach co daję mi niebywałą szansę by poznać je trochę lepiej, zobaczyć w jakich warunkach mieszkają.
I wszystko to, to dopiero początek, bo dużo więcej jest przede mną. Prawdopodobnie kilka lat wstecz nie byłabym w stanie wyobrazić sobie siebie w tych warunkach, żyjącej samej, robiąc to wszystko z tymi drobnymi umiejętnościami, które posiadam. Tymczasem dziś z otwartym sercem, na to co Bóg do niego włożył, wchodzę na głęboką wodę. Wierzę, że bogactwem jest zadowolenie z tego do czego mamy dostęp dzisiaj, a szczęście w nielogiczny sposób pomnaża się, gdy się nim dzielimy.

wtorek, 10 listopada 2015

Moc nowych odkryć

Od dawna planowaliśmy ten dzień. Nasz klub młodzieżowy to grupa niezwykle aktywnych nastolatków,lubią muzykę i muszę to przyznać z nutką zazdrości, że mają coś w tym swoim ciele, czy to endorfiny czy coś innego, że jak zaczynają się ruszać, to wychodzi im to szalenie dobrze, ja za to jak kij od szczotki. Niestety życie w wiosce nie daję zbyt wiele możliwości do rozwoju i młodzieńczej aktywności. Poza włóczeniem się z kolegami, grą w piłkę i lokalnymi zabawami to cały ich czas na rozwrywkę, bo od samego rana plan jest dość napięty i mało kiedy znajduję się w nim czas na zabawę, bo żeby iść do szkoły to trzeba wcześniej na to zarobić. Dlatego z taką ekscytacją myślałam o otwarciu klubu młodzieżowego, który powstał przy wsparciu programu Wolontariat Polska Pomoc i współpracy z Caritas Polska. Każdego tygodnia mówimy wielkie NIE nudzie, a otwieramy nasz świat na szalone marzenia, naukę i podróże. Ostatnie tygodnie spędziliśmy na odkrywaniu kontynentów i ciekawostek z nimi związanych. Dzieciaki były podekscytowane, gdy dowiedziały się jak żyją ich rówieśnicy w innych krajach. Ciężko jednak podróżować daleko, jeśli nie do końca zna się swój własny kraj. Kiedy słyszało się o tych wszystkich ciekawych miejscach, czytało w książkach, ale nawet te atrakcje będące w zasięgu ręki są wciąż nieosiągalne. Postanowiliśmy to zmienić. Dzień zaczął się nie do końca po naszej myśli, zbiórka zaplanowana na 7.30 a od 6 przez dobre dwie godziny padały ulewne deszcze, z drobnym poślizgiem, ale mimo wszystko postawiliśmy na swoim. Cape Coast to jedno z większych miast regionu centralnego, zaledwie godzina drogi od naszego Duadze. A żadne z naszej gromady dzieci nie odwiedziło go wcześniej. Spotkanie na dziedzińcu szkolnym, bez problemu rozpoznałam twarze naszego młodzieżowego klubu. Dzieciaki dostały piękne projektowe koszulki zaprojektowane specjalnie dla nich przed przyjazdem ( dziękuje D.Marczewski & Pixelmeal), na zbiórkę nie przyszły z pustymi rękoma przygotowały dla opiekunów drobne podarki. To było niezwykle wzruszające, zważając na fakt, że raczej mało które z nich jest w posiadaniu świnki skarbonki. Apel, ostatnie ogłoszenia, buziak na pożegnanie i ruszamy w drogę. Ahoj Przygodo! Zwiedziliśmy zamek i fortece, które niosa za sobą dośc przejmujacą historie o niewolnictwie, dzieciaki słuchały z prawdziwym zaciekawieniem i z przejęciem zadawały pytania. Po tej 45 minutowej lekcji historii wyruszyliśmy do Kakum National Park (jeden z popularniejszych parków narodowych), słynie on z Canopy Walks ( w wolnym tłumaczeniu mosty linowe). Zbudowali je Kanadyjczycy, składa się z 7 mostków, każdy o dł ok 100m, zawieszony 40 m nad przepaścią w przepięknym krajobrazie. I tu ku mojemu wielkiemu zdziwieniu ekipa zareagowała z prawdziwym entuzjazmem, żadnych płaczów, krzyków i jęków wszyscy jak jeden mąż podjęli wyzwanie. Wrażenia rewelacyjne, mimo że mostki się bujają, uginają i nie jeden dorosły nie zechciał postawić na nich swojej stopy nasza młodzieżówka poszła jak strzała. Były śpiewy, i wzajemne dodawanie sobie odwagi. Taka byłam dumna że podołali zadaniu, na koniec szybkie odwiedziny w Hans Cottage i spotkanie twarzą w twarz z krokodylami. Do domu wróciliśmy wieczorową porą, dzieciaki były tak podekscytowane że całą drogę buzia im się nie zamykała,a przy wjeździe do wioski głośne śpiewy. Wspaniale spełnia się te dziecięce marzenia. Wierzę, że doda im to odwagi by ich marzenia nie miały ograniczeń, bo jeśli bardzo się czegoś chce i mocno nad tym pracuje to nie ma takiej rzeczy, która byłaby niemożliwa.