Poniedziałkowy poranek rozpoczął się podobnie jak każdy inny,
wstałyśmy znowu zbyt późno by o tym nagłos mówić,
ustanowiłyśmy nową tradycje jedzenia
śniadanio-obiadów, szef kuchni wyczarował jak zwykle
coś z niczego, w menu pojawił się makaron al dente z drugim życiem kurczaka w zalewie
kropkowo musztardowej. W planach była jakaś daleka podróż do miejsca, którego nazwy już nie pamiętam, ale ponieważ czas nie był naszym
sprzymierzeńcem i kruszył
się jak lód postanowiłyśmy
pójść na mały kompromis i miało być morze,
choc nie tak daleko.
Przygotowałyśmy kosz (w tym wypadku torbę z nadrukiem h&m) piknikowy i wyruszyłyśmy...kostiumy nie mówiąc
już o opalaniu nie wchodziły w grę, gdyż co prawda
kalendarzowe lato w Irlandii, nigdy na tyle ciepłe aby poszaleć w opalaczach, także zadowoliłam
się sukienką. Droga była przyjemna, z
każdej strony przyroda dostarczała nowych
bodźców mym rozbieganym oczętom, było pole do gry w polo,
miejski folklor, hiszpańskie
hacjendy, zajezdnie autobusowe, etc. aż po wyczerpującej wędrówce doszłyśmy do naszego punktu zwrotnego, który jak
się okazało był
zamknięty...a to dlaczego??? budują stadiony. Nasza euforia opadła, Iwona nie znała innej drogi, a ja znowu
gapowy turysta nie
wzięłam mapy, no i wtopa. Poszłyśmy w jedną uliczkę
CUL DE SAC(ślepa) druga podobnie, delikatny nerw pojawił
się na twarzach, dwie godziny drogi i co, nic?! nie może być...ja w oddali widząc jakiś doniosły budynek chciałam przycupnąć na murku i tam skonsumować nasz prowiant ( taki pół środek,uroczy) ale Iwona wypruła do przodu, ja goniłam za nią raz w prawo, skręt w lewo, tu jakieś skrzyżowanie, m
ijając stacje benzynową i bramę umieszczoną nie wiadomo skąd na pobliskim parkingu doszłyśmy do parku i wszystko stało
się jasne, przypomniała sobie drogę. Ja ocierając pot z czoła biegłam za nią próbując jeszcze złapać w obiektywie małe co nie co, aż zobaczyłam coś co zaparło mój dech...palmy i morze, piasek, trudno
opisać ten widok...po prostu piękno. I naszła mnie małą refleksja
gdybym została tam na tym murku, nigdy nie zobaczyłabym tego, jak w życiu jeśli poddajemy się w połowie drogi, będąc już niemal na finiszu pozbawiamy
się szansy
zobaczenia czegoś wielkiego...resztę zobaczycie na zdjęciach.